Dziennik z Berlina wolontariuszki Ani Wakulik
maj 31st, 2009Poniżej publikujemy fragment dziennika wolontariuszki Ani Wakulik, która wkrótce kończy swój pobyt w Berlinie:
Obce kraje cieszą najbardziej na początku. Widzi się każdą inność, każde małe odchylenie od normy, inny kąt padania promieni słonecznych i bardziej lub mniej niż u siebie nasycone kolory. Pierwsze wizyty w nowym mieście cieszą jak małe kradzieże. Jakby zabierało się ze sobą coś, czego nikt nie zauważy, co właściwie nie jest nic warte, ale dla nas nieskończenie cenne. Przemyca się potem na siatkówce obraz jakiejś rumuńskiej góry albo austriackiej elektrowni przez granice, które przecież dziś już nie istnieją.
Dopiero potem obraz tężeje, zastyga, robi się dziwnie znajomy, swojski jak rozchodzone buty.
Nawet, jeśli do obcego kraju jedzie się do pracy, to najważniejsze rzeczy dzieją się na marginesach i między słowami. Moje centrum pomocy socjalnej na Kreuzbergu w Berlinie jest tematem na osobną rozprawę. Ale ja dzisiaj nie o tym. Dzisiaj o tym, dlaczego warto.
13 grudnia byłam w Niemczech trzeci miesiąc. W Polsce miała miejsce ważna rocznica, ale tu nikt o niej nie wiedział, więc wstawszy i odziawszy się, poszłam do muzeum Checkpoint Charlie.
Jeżeli żyło się w rzeczywistości, w której granice trzeba było przekraczać schowanym w kufrze/ w głośniku/ w balonie własnej roboty/ we wnętrzu atrapy krowy/ kopiąc tunele wanienką dziecięcą to jest się innym człowiekiem niż ten, który urodził się w roku 1988. Takie to oczywiste i takie niesamowite zarazem. Zrozumiałam, że nic nie rozumiem. To, co mi wydaje się daleką groteską działo się naprawdę. I ci, co mają to w głowie, nie mogą wiedzieć, jak to jest, nie mając tego w głowie. Po prostu.
Nigdy nie zrozumiem mojego eksszefa, który na dworcu w Budapeszcie przesiadał się z siostrą na pociąg do Austrii. Jechali z NRD i jechała z nimi STASI. Szef miał wtedy 20 lat, był w moim wieku i jeżeli miał poczucie, że jest takim samym początkującym w życiu, jak ja teraz, to nie mam bladego pojęcia, jak udało mu się przeżyć. Widziałam te wszystkie zdjęcia, już kolorowe, nie czarno- białe, i nie wierzyłam. Tak daleko stad, tak blisko. Kiedy przyjechałam tu w październiku, miałam świadomość, że to miasto jest jedna wielką źle pozszywaną raną, na której jednak jakimś cudem odrodziło się życie. Nigdzie, w żadnym mieście nie było mi nigdy tak dobrze, jak w Berlinie. Niewiele miast widziałam, ale w tej ilości, którą posmakowałam, Berlin przoduje. Idzie się tu jakoś inaczej niż w Warszawie. Nie ma się poczucia winy pijąc kawę w Starbucksie przy Kochstrasse tak jak w kawiarni na ulicy Próżnej.
Jak oni mogą tu normalnie żyć, jak wstali, otrzepali spodnie z historii i idą dalej- nie wiem. Ja od trzech pół roku chodzę chodnikami mając świadomość, że broczę we krwi po kolana. Czasem jestem tak zbombardowana językiem, tak bardzo nie rozumiem żartów słownych, że łzy pączkują mi w oczach, ale kiedy pomyślę, że właściwie to niedługo trzeba będzie wyjechać- też czuję wielki głaz w brzuchu.
Mam 20 lat i czuję, jak historia bardzo mnie przytłacza, jak cielsko otyłego mężczyzny. Wcale już nie mam tego miłego poczucia, że wszyscy są zacofani i żyją w świadomości i kulturze swojego kraju, a ja, światła i nowoczesna, unoszę się ponad granicami, mogąc wszędzie dogadać się po angielsku i znaleźć tego nieszczęsnego Starbucksa. Jestem z Europy Wschodniej, zawieszona między zimną północą, gorącym południem, nigdy nie widzianym wschodem, czasem nudnym zachodem. Przywiozłam tu pakunek swoich resentymentów i pyzatych stereotypów. Jestem wśród setek innych narodowych problemów i poważnych wojen, na które brak czasu w wiadomościach. Jakiż jest ważniejszy problem dla Serba w Berlinie, niż bitwa pod Kosowym polem w 1389? Żaden. Co jest ważniejsze dla Francuzki Alice, niż to, że w Lille zamknięto jej ulubioną galerię? Nic. Co jest ważniejsze dla mnie niż to, że w Gdańsku autobusy nocne są niezsynchronizowane z SKMką? Nic.
Wolontariat europejski wymyślono po to, żebyśmy wszyscy nie zrobili sobie następnej wojny. Żebyśmy zobaczyli, że Palestyńczyk z Izraelczykiem mogą mieszkać w jednym wohngemeischaft, że Norweg nie sprząta, a Dunka je Nutellę łyżką prosto ze słoika. Wszyscy międzynarodowo korzystają z jednej toalety i tak samo denerwują się, jak nie ma papieru, bo inni zapomnieli kupić.
Mam 20 lat i życzę sobie, żeby w Polsce normą było- tak jak tu- że młodzi ludzie koniecznie wyjeżdżają gdzieś, zanim zrobią te wszystkie magisterki, pozaciągają kredyty, zamkną się w domach, zasłonią żaluzje i będą narzekać, że znowu podrożało. Życzę sobie, żeby każdy mówił trzema językami obcymi, aby w razie czego móc się z każdym dogadać. Życzę Warszawie dziewięciu linii metra i dziesięciu kolejki nadziemnej oraz stu pięćdziesięciu linii autobusowych. Życzę, żeby za kilka lat każdy Polak dziwił się jak Johanna, kiedy zobaczy paradę wojska na koniach 11 listopada („to był u nas za Hitlera! To taki śmieszny dla mnie było w Polsce!”). Życzę sobie, żebym skończyła nienawidzić swoje przedniojęzykowe „r”, którego nigdy nie wymówię prawidłowo. Życzę, żeby każdy miał szansę. Żeby książki kosztowały 10 euro przy średnim dochodzie 2000, żeby można było bez wizy pojechać do Nowego Jorku.
A potem wrócić, bo tu jest tak ciekawie.
Anna Wakulik








